Cześć wszystkim
Piszę wieczorem, bo w nocy pewnie znowu się obudzę i nie będę mogła wrócić do snu. Czuję się, jakby ktoś wyłączył „normalność” w moim mózgu. Patrzę na pokój i wszystko wydaje się płaskie, sztuczne, jakbym oglądała film przez szybę. Serce bije trochę za szybko, ręce mam zimne, a w głowie myśli typu: „to już nigdy nie minie”, „jestem popsuta na zawsze”.
Dniami jakoś daję radę, chodzę do pracy, udaję, że wszystko OK. Ale noce są najgorsze. Budzę się po 2–3 godzinach, derealizacja od razu na maxa, a potem już nie zasnę do rana. Rano wstaję jak zombie, zmęczona, rozbita, i cały dzień walczę, żeby nie odpłynąć w ten sam stan.
Próbowałam już wszystkiego: melisa, magnez, ashwagandha, 4-7-8, zimna woda, relaksacja mięśni czasem pomaga na chwilę, ale w nocy wraca ze zdwojoną siłą.
Co u Was pomaga chociaż trochę na te nocne powroty? Może macie jakiś swój mały rytuał, który czasem działa?
Dzięki, że jesteście. Sama świadomość, że nie jestem jedyna, już trochę uspokaja.
Cześć wszystkim
Piszę wieczorem, bo w nocy pewnie znowu się obudzę i nie będę mogła wrócić do snu. Czuję się, jakby ktoś wyłączył „normalność” w moim mózgu. Patrzę na pokój i wszystko wydaje się płaskie, sztuczne, jakbym oglądała film przez szybę. Serce bije trochę za szybko, ręce mam zimne, a w głowie myśli typu: „to już nigdy nie minie”, „jestem popsuta na zawsze”.
Dniami jakoś daję radę, chodzę do pracy, udaję, że wszystko OK. Ale noce są najgorsze. Budzę się po 2–3 godzinach, derealizacja od razu na maxa, a potem już nie zasnę do rana. Rano wstaję jak zombie, zmęczona, rozbita, i cały dzień walczę, żeby nie odpłynąć w ten sam stan.
Próbowałam już wszystkiego: melisa, magnez, ashwagandha, 4-7-8, zimna woda, relaksacja mięśni czasem pomaga na chwilę, ale w nocy wraca ze zdwojoną siłą.
Co u Was pomaga chociaż trochę na te nocne powroty? Może macie jakiś swój mały rytuał, który czasem działa?
Dzięki, że jesteście. Sama świadomość, że nie jestem jedyna, już trochę uspokaja.